ŚWIĘTEGO DUCHA

Jaka powinna być spowiedź?

Oto wielkimi krokami zbliża się już koniec naszej wielkopostnej wędrówki. Pozostały czas warto poświęcić na utrzymaniu dotychczasowej duchowej formy, ale także odpowiedzi na pytanie – czy udało mi się w tym wyjątkowym okresie poprawić swoje niedoskonałości?
Dla wszystkich, którzy jeszcze nie zdążyli się wyspowiadać, ale także dla tych, którzy chcieliby przynajmniej raz jeszcze przystąpić do Sakramentu Pokuty polecamy tekst o. Aleksandra Jelczaninowa oraz o. Mariusza Synaka na temat Spowiedzi.

Nadszedł Wielki Post. To wielkie wydarzenie, wielka szansa i zarazem wielkie wyzwanie dla tych z nas, którzy poważnie starają się podchodzić do realizacji swego powołania – jako świeckiego, duchownego czy człowieka w ogóle… Temat zatem poważny, więc dziś na poważnie, a nawet bardzo poważnie. Ale zacznę od cytatu, po przeczytaniu którego sam musiałem się głęboko zastanowić, ponieważ myśli, które za chwilkę przytoczę, mimo sporej delikatności ich autora zostały sformułowane w sposób, jak często go nazywam (być może z racji swej profesji) bez znieczulenia – prosty do bólu, szczery i nie pozostawiający żadnych wątpliwości. Natomiast po zaprezentowaniu owych myśli postaram się przedstawić kilka osobistych refleksji. Oto one: „Uczucie, które zazwyczaj pojawia się podczas wygłaszania rozważań skierowanych do przypadkowej (w sensie religijnym) grupy ludzi to takie, że rozmawiasz z niewierzącymi i dlatego twoje słowa o Chrystusie, o wierze, o cudzie przekształcają się w dwustronne, w domyśle dopuszczalne kłamstwo: ja rozmawiam z ludźmi, którzy – jak zakładam – są wierzący, choć wiem, że dla większości z nich to określenie nie jest właściwe, a z ich strony wyczuwam w odpowiedzi – no, przecież ty, będąc duchownym, musisz tak mówić z racji twego stanu, a ja, słuchacz, z czystej przyzwoitości zmuszony jestem cię wysłuchać, niezbyt otwarcie demonstrując swe znudzenie.” Autorem tych słów jest zmarły we Francji w wieku zaledwie 53 lat, w roku 1934 rosyjski duchowny, ojciec Aleksander Jelczaninow. Kaznodzieja, pedagog, przyjaciel młodzieży, asceta, opiekun emigrantów, człowiek pisany z wielkiej litery. Cóż, po wniknięciu w myśl ojca Aleksandra rodzi się – przynajmniej we mnie – uczucie i współczucia, i podziwu zarazem. 
Spróbowałem więc w tym kontekście przeanalizować własne „rozważania, skierowane do owej przypadkowej z punktu widzenia religijności grupy ludzi”, czyli czytelników i słuchaczy. Z czytelnikami trudniej, ale przez prawie dwadzieścia lat prowadzenia pogadanek na falach Radia Koszalin ani razu nie złapałem się na podobnej do ojca Aleksandra myśli. Nie przypuszczałem (i nadal nie przypuszczam), że słuchacze słuchają z czystej przyzwoitości, a ja mówiąc to, co mówię, mówię tak, bowiem jako duchowny tak mówić powinienem. Być może specyfika naszych spotkań różni się dość mocno od atmosfery, w której przyszło działać ojcu Aleksandrowi. Przecież radio zawsze można wyłączyć, zrobić sobie małą przerwę w słuchaniu, zaparzając np. niedzielną poranną herbatę. Wolny i uczciwy wybór. 
Takiego się spodziewając odwdzięczam się pełną szczerością – myśli i rozważania prezentowane na falach Magazynu Ekumenicznego nie są z gatunku tych, które powinienem prezentować „z urzędu”, idąc torem myśli naszego dzisiejszego autora. Tak nie jest, a przynajmniej bardzo się staram, by tak nie było. Moi Drodzy, jeśli macie odmienne zdanie, zachęcam do przygotowania porannej herbaty lub czegoś podobnego. Natomiast jeśli choć w części zgadzacie się ze mną i chcecie poświęcić kilkanaście minut na dobry, poważny temat – proszę pozostać przy tym materiale. Porozmawiamy o szczerości względem samego siebie. Dla potrzeb dzisiejszego tekstu przetłumaczyłem pochodzący z książki ojca Jelczaninowa pt. „Zapiski” rozdział o spowiedzi. Mam nadzieję, że wniesie dużo dobrego do naszej świadomości, wszak część z nas ma zamiar w czasie postu przystąpić do tego sakramentu. Myślę, że poniższe rozważania okażą się w tym dziele bardzo pomocne: 

„Oto czas mojej łaski’ (Iz. 48,9) i dzień oczyszczenia! Czas, kiedy możemy odłożyć ciężkie brzemię grzechu, zerwać jego okowy: ów ‚przybytek Dawida, który znajduje się w upadku’ (Dz. 15,16), czyli przybytek naszej duszy, zobaczyć ponownie odnowiony i czysty. Ale do tego błogosławionego oczyszczenia prowadzi niełatwa droga. Jeszcze nie zdążyliśmy przystąpić do spowiedzi, a już nasza dusza słyszy głosy pełne pokusy: ‚A może odłożyć to na jakiś czas? Czy oby na pewno jestem odpowiednio przygotowany, czy nie za często przypadkiem przystępuję do spowiedzi?’. Wobec tych wątpliwości trzeba wykazać zdecydowany sprzeciw. ‚Jeśli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenia’ (Syr. 2,1). Jeśli postanowiłeś rozpocząć przygotowanie do spowiedzi, pojawi się mnóstwo przeszkód, (wewnętrznych i zewnętrznych) ale one znikają, gdy tylko wykażesz zdecydowanie w swoich planach. Tu można postawić pytanie o częstotliwość spowiedzi: trzeba spowiadać się dużo częściej niż jest to u nas przyjęte, przynajmniej raz w czasie wszystkich czterech postów. My, obciążeni ‚leniwym drzemaniem’, niedoświadczeni w pokucie i nawróceniu, musimy wciąż i wciąż uczyć się nawracać. 
To po pierwsze, a po drugie konieczne jest snuć swojego rodzaju nić od jednej spowiedzi do następnej, aby okresy między przygotowaniem do kolejnej spowiedzi były przepełnione duchową walką, zmaganiami, wzmacnianymi przez odczucia z ostatniej spowiedzi i wzbudzonymi oczekiwaniem nowej, nadchodzącej. Druga kwestia, która rodzi dużo wątpliwości to pytanie o spowiednika. Do kogo się udać? A może trzymać się jednego za wszelką cenę? Czy w ogóle można zmieniać spowiednika? W jakich przypadkach można to robić? Doświadczeni w życiu duchowym ojcowie twierdzą, że nie powinno się zmieniać, nawet, gdy jest to tylko nasz spowiednik, a nie ojciec duchowy, przewodnik twego sumienia. Zdarza się oczywiście że po udanej spowiedzi u kapłana kolejne u tego samego spowiednika okazują się jakieś takie bez wyrazu i są słabo przeżywane, i wówczas pojawia się myśl o zmianie spowiednika. Ale jest to niewystarczająca podstawa dla tak poważnego kroku. Nie mówiąc już o tym, że nasze osobiste wrażenia na spowiedzi nie dotyczą samej istoty sakramentu – niewystarczające przeżycia duchowe podczas  spowiedzi często są znakiem naszego własnego duchowego chaosu. O tym ojciec Jan Kronsztadzki mówi: ‚Pokuta i nawrócenie powinny być absolutnie swobodne i w żaden sposób nie wymuszone przez osobę spowiednika’. 
Dla człowieka, który rzeczywiście cierpi z powodu ran naniesionych przez własny grzech, nie ma różnicy, u kogo będzie się z tego spowiadał. Najważniejsze, aby najszybciej, jak tylko można, wyspowiadał się z niego i odczuł ulgę. Inna sprawa, gdy pozostawiwszy na boku samą istotę sakramentu idziemy do spowiedzi po to, by sobie porozmawiać. I tu właśnie bardzo ważne jest, aby odróżnić spowiedź od rozmowy na tematy duchowe, która może odbywać się niezależnie od sakramentu i najlepiej, kiedy odbywa się oddzielnie od niego, ponieważ rozmowa, co prawda o sprawach duchowych, może wnieść do spowiedzi element rozkojarzenia, niejako schłodzić atmosferę, wprowadzić w sferę sporów teologicznych, osłabić ostrość uczucia pokuty i nawrócenia. Spowiedź nie jest rozmową o własnych niedostatkach, wątpliwościach. Nie jest przekazaniem informacji spowiednikowi na swój temat, a już w żaden sposób nie jest pobożnym zwyczajem. Spowiedź jest gorącym skruszeniem serca, pragnieniem oczyszczenia, rodzącym się przy zetknięciu ze świętością, umieraniem dla grzechu i ożywaniem dla świętości. Samo uczucie pokajanija już jest pewnym stopniem świętości, a chłód, niewiara, stają się stanem oddalenia od Boga.
Spróbujmy wyjaśnić, jak mamy się odnosić do sakramentu pokajanija, czego oczekuje się od przychodzącego do sakramentu, jak się do niego przygotować i co uważać za najważniejszy moment (oczywiście, w tej części sakramentu, która dotyczy spowiadającego się). Niewątpliwie pierwszym aktem będzie badanie serca. W tym celu zostały przewidziane dni przygotowania do sakramentu, zwane gowienijem. ‚Widzieć swoje grzechy w ich mnogości i w całej ich okropności’ to rzeczywiście jest dar Boży, jak mówi ojciec Jan Kronsztadzki. Zazwyczaj ludzie niedoświadczeni w życiu duchowym nie widzą wielości swoich grzechów, ani ich okropności. ‚Oj tam, oj tam, nic nadzwyczajnego. Tak, jak wszyscy, tylko jakieś drobne grzeszki. Nie ukradłem, nie zabiłem’ – tak brzmi zwykle przeciętny początek spowiedzi u wielu ludzi. A egoizm, obrażanie się, czerstwość, dogadzanie słabościom swoim i innych, słabość wiary i miłości, wątpliwości, lenistwo duchowe, duchowa trwoga? Czy nie są to grzechy ważne? Czy możemy stwierdzić, że nasza wiara jest aktywna i gorąca? Że każdego człowieka kochamy tak, jakby był bratem w Chrystusie? Że jesteśmy cisi i pokornego serca? Że porzuciliśmy gniew, przezwyciężyliśmy go?
A jeśli nie, to w czym zawiera się nasze chrześcijaństwo? Czym możemy wytłumaczyć naszą pewność siebie na spowiedzi, jeśli nie ‚zatwardziałą obojętnością’? Obumieraniem serca, śmiercią duszy, poprzedzającą śmieć cielesną. Dlaczego święci ojcowie, którzy pozostawili nam pokajanne modlitwy, uważali się za najgorszych z grzeszników i ze szczerym przekonaniem wzywali do Najsłodszego Jezusa: ‚Nikt nie zgrzeszył na ziemi, od samego początku tak, jak zgrzeszyłem ja, niegodny i marnotrawny’. A my jesteśmy przekonani, że z nami… wszystko w porządku! Czym jaśniejsze światło Chrystusowe rozświetla serce, tym łatwiej  dostrzegane są wszystkie niedostatki, wrzody i rany. I na odwrót – ludzie, którzy są pogrążeni w mroku grzechu, niczego nie dostrzegają w swoim sercu. A nawet jeśli i widzą, to nie wzbudza to w nich strachu, dlatego że nie mają tego z czym porównać.  Dlatego prosta droga do poznania swoich grzechów to przybliżenie się do światła i prośba o tę światłość, która sądzi świat i wszystko, co jest ze świata w nas samych (por J 3,19). A dopóki nie ma takiej bliskości do Chrystusa, przy której uczucie pokajanija staje się naszym zwykłym, naturalnym stanem, trzeba, szykując się do spowiedzi, zbadać swoje sumienie – według przykazań, niektórych modlitw lub też według niektórych fragmentów Ewangelii. Badając stan swojej duszy, trzeba starać się odróżnić grzechy podstawowe od pochodnych, symptomy od ich głębszych przyczyn. Na przykład bardzo ważny jest brak koncentracji na modlitwie, senność i brak uwagi w świątyni, brak chęci do czytania Pisma Świętego. Ale czy grzechy te nie pochodzą od małej wiary i słabej miłości do Boga? Trzeba umieć zauważyć w sobie nieposłuszeństwo, samousprawiedliwienie, brak chęci słuchania uwag, nieustępliwość, upór, samowolę, ale jeszcze ważniejszym jest dostrzec ich związek z egoizmem i pychą. 
Jeśli zauważamy w sobie nadmierną chęć przebywania w towarzystwie innych, gadatliwość, nadmierną chęć do żartów, wzmocnioną nad wyraz troskę o wygląd, i nie tylko swój, ale też swoich bliskich czy też np. urządzenie mieszkania, to trzeba bardzo starannie zbadać, czy też nie jest to pewną formą próżności wyrażającej się na wielu płaszczyznach. Jeśli zbyt blisko bierzemy do serca życiowe niepowodzenia, ciężko przeżywamy rozłąkę, czy też rozpaczamy bez nadziei pocieszenia o zmarłych, to czy prócz siły i głębi naszych uczuć nie świadczy to również o braku wiary w Opatrzność Bożą? Jest jeszcze jeden dodatkowy sposób prowadzący nas do poznania swoich grzechów – przypominać sobie, w czym zwykli obwiniać nas inni ludzie, a zwłaszcza ci, którzy żyją obok nas, bliscy: prawie zawsze ich zarzuty, przytyki, pretensje mają swoje podstawy. Konieczne jest (i to jeszcze przed spowiedzią) poprosić o wybaczenie wszystkich, wobec których jesteśmy winni i iść do spowiedzi z nieobciążonym sumieniem. Ale przy takim badaniu serca trzeba bacznie śledzić, aby nie wpaść w nadmierną wrażliwość duchową, drobiazgową hiperpodejrzliwość w stosunku do wszelkiego poruszenia się serca; stając na tej drodze można zatracić poczucie hierarchii wartości, zdolność odróżnienia rzeczy ważnych od mniej ważnych, pogubić się w drobiazgach. W takich przypadkach trzeba na jakiś czas odstąpić od badania swej duszy i przejść na prostą i odżywczą duchową dietę, modlitwą i dobrymi uczynkami uprościć i rozświetlić swą duszę. 
Przygotowanie do spowiedzi nie polega na tym, aby możliwie, w sposób pełny przypomnieć sobie i nawet zapisać swoje grzechy, ale w tym, aby osiągnąć taki stan skupienia umysłu, powagi i modlitwy, przy których, jak przy świetle, grzechy wyjdą na jaw, inaczej mówiąc spowiednikowi trzeba przynosić nie listę grzechów, a uczucie pokuty i nawrócenia, nie szczegółowo opracowaną rozprawę naukową na temat grzechu, a skruszone serce. Ale znać swoje grzechy nie oznacza jeszcze kajać się w nich. Owszem, Bóg przyjmuje spowiedź, prawdziwą, sumienną, nawet wówczas, gdy nie towarzyszą jej silne uczucia pokajanija (jeśli spowiadamy odważnie i ten grzech – naszą skostniałość serca) i mimo wszystko to skruszenie serca – żal za swoje grzechy jest najważniejszą ze wszystkich rzeczy, które możemy okazać na spowiedzi. 
Ale co mamy zrobić, gdy nasze ‚wysuszone płomieniem grzechu’ serce nie jest zraszane życiodajnymi wodami łez? Co zrobić, gdy słabość duszy i bezsilność ciała są tak wielkie, że nie jesteśmy zdolni do szczerego pokajanija? To mimo wszystko nie jest powodem, by odkładać spowiedź na później – Bóg może dotknąć naszego serca i w czasie samej spowiedzi, już tylko wyznanie i wymienienie naszych grzechów może zmiękczyć serce, wzmocnić uczucie pokuty, wyostrzyć wzrok duchowy. Do przezwyciężenia naszej duchowej słabości najbardziej pomocne są dni przygotowania do spowiedzi, post, który doświadczając i nieco osłabiając nasze ciało narusza zgubne dla życia duchowego uczucie fizycznej i psychicznej stabilizacji, modlitwa, nocne myśli o śmierci, czytanie Ewangelii, żywotów świętych, dzieł świętych ojców, wytężona walka z samym sobą i praktykowanie dobrych uczynków. 
Nasz brak emocji na spowiedzi w większości jest skutkiem braku strachu Bożego i owocem ukrytej niewiary. A więc w tę stronę powinny zostać skierowane nasze wysiłki. Oto, dlaczego tak ważne są łzy na spowiedzi – one rozmiękczają naszą zatwardziałość, wstrząsają nami ‚od głowy do nóg’, upraszczają, przynoszą dobroczynne odwrócenie uwagi od samego siebie, likwidują największą przeszkodę na drodze do pokuty – nasze ‚ja’. Pyszni i samolubni nie płaczą. A jeśli taki zapłakał, to znaczy odtajał, spokorniał, zmiękł. Oto, dlaczego po takich łzach przychodzi pokora, brak gniewu, miękkość, pokój w duszy u tych, komu Bóg posłał ‚płacz, rodzący radość’. Nie trzeba wstydzić się łez w czasie spowiedzi, trzeba pozwolić im swobodnie płynąć, zmywając nasze brudy. Jak mówi jedna z modlitw początku Wielkiego Postu: ‚Obłoki daj mi łez w piękny dzień postu, abym zapłakał i zmył brud, pochodzący od przyjemności, i abym stanął przed Tobą oczyszczony’ (I Tydzień Wielkiego Postu, poniedziałek wieczór). 
Trzeci moment spowiedzi to słowne wyznanie grzechów. Nie trzeba czekać na pytania, trzeba samemu uczynić pewien wysiłek: spowiedź jest dużym wysiłkiem, zwłaszcza wobec samego siebie. Mówić trzeba dokładnie, nie zamazując okropności grzechu jakimiś ogólnymi frazami, np. ‚zgrzeszyłem przeciw VII przykazaniu’. Bardzo trudno jest podczas spowiedzi uniknąć pokusy tłumaczenia się, prób wyjaśnienia spowiednikowi ‚okoliczności łagodzących’, powoływania się na osoby trzecie, z powodu których zgrzeszyliśmy. Wszystko to są cechy egoizmu, braku głębokiego pokajanija, trwającego wciąż ukorzenienia w grzechu. Czasem na spowiedzi ludzie powołują się na słabą pamięć, jak gdyby nie dającą możliwości przypomnienia sobie grzechów. Rzeczywiście, często zdarza się tak, że bardzo łatwo zapominamy swoje upadki, ale czy dzieje się to tylko z powodu słabej pamięci? Przecież są przypadki, które w jakiś szczególny sposób zraniły nasze ego lub też na odwrót, które dogodziły naszej pysze – sukcesy, pochwały pod naszym adresem pamiętamy przez długie lata. Wszystko, co wywiera na nas silne wrażenie, długo i wyraźnie pamiętamy, więc jeśli zapominamy nasze grzechy, to czy nie znaczy to, że nie traktujemy ich odpowiednio poważnie? 
Znak pokajanija, które się dokonało, to poczucie lekkości, czystości, niewytłumaczalnej radości, gdy grzech wydaje się tak samo trudny i niemożliwy jak równie trudną i niemożliwą była przed chwilą owa radość. Nasz żal za grzechy i nawrócenie nie mogą być pełne, jeśli po spowiedzi nie zdecydujemy się wewnętrznie na to, by nie wracać do grzechu, z którego się wyspowiadaliśmy. Ale ludzie pytają – jak to jest możliwe? Jak mogę obiecać sobie i swojemu spowiednikowi, że nie powtórzę tego grzechu? Czy bliższe prawdzie nie będzie akurat coś przeciwnego? Pewność, że mój grzech się powtórzy? Przecież każdy z nas wie ze swojego własnego doświadczenia, że w sposób nieuchronny za jakiś czas wracamy do tych samych grzechów; obserwując samego siebie z roku na rok nie zauważamy żadnej poprawy – ‚podskakujesz i znowu stoisz na tym samym miejscu’! Oczywiście, byłoby okropnie, jeśli tak byłoby naprawdę. Ale na szczęście nie jest tak. Nie ma przypadku, aby przy dobrych chęciach poprawy kolejne spowiedzi i przystąpienie do Komunii świętej nie wywołałoby w duszy pozytywnych, dobrych zmian. Sęk w tym, że nie możemy sądzić samych siebie; człowiek nie może w sposób właściwy sądzić sam o sobie, czy stał się gorszym, czy lepszym, ponieważ zarówno on sam, który sądzi, jak i to, co sądzi, to wielkości zmienne. Rosnąca surowość w stosunku do samego siebie, zaostrzający się wzrok duchowy, wysublimowany strach przed grzechem mogą sprawić wrażenie, że grzechy tylko się mnożą i wzmacniają: nie, one zostały takie same, a być może nawet osłabły, ale wcześniej myśmy nie za bardzo je dostrzegali.
Prócz tego Bóg, zgodnie ze swoją Opatrznością, często zamyka nam oczy na nasze sukcesy, aby ochronić nas od najgorszego grzechu – próżności i pychy. Często zdarza się, że grzech pozostał, ale częste spowiedzi i przystępowanie do Komunii świętej rozchwiały i osłabiły jego korzenie. Ale już nawet i sama walka z grzechem, cierpienie z powodu własnych grzechów – czy to już nie jest pożytkiem? Święty Jan Klimak mawiał: ‚Nie bój się, choćbyś padał każdego dnia i nie schodź z dróg Bożych; stój mężnie, i anioł, który cię ochrania, nagrodzi twój wysiłek’ (Słowo 5,30). Jeśli nie ma tego poczucia ulgi, odrodzenia, trzeba znaleźć w sobie siły, by powrócić raz jeszcze do spowiedzi i do końca wyzwolić swą duszę od nieczystości, zmyć łzami jej plamy i brudy. Kto dąży do tego, zawsze osiągnie to, czego szuka. Ale nie przypisujmy sobie samym naszych sukcesów, nie liczmy na swoje własne siły, nie pokładajmy nadziei tylko we własnych wysiłkach. To byłoby równoznaczne ze stratą tego wszystkiego, co zdobyliśmy. ‚Mój rozproszony umysł zbierz, Panie i zlodowaciałe serce me oczyść; jak Piotrowi daj mi pokutę, jak celnikowi pokutne westchnienia, jak nierządnicy łzy”. 
Cóż, moi Drodzy, mam nadzieję, że myśli ojca Aleksandra okażą się pomocne w naszych wielkopostnych wysiłkach, a mi niech wolno życzyć nam wszystkim wytrwałości przy zdobywaniu tych owoców.

za: www.cerkiew.info

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *